Wakacje gwiazd w PRL, czyli w Polskę jedziemy! Które miejsca były najmodniejsze i gdzie można było spotkać gwiazdy?

Ryszarda Wojciechowska
Ryszarda Wojciechowska
Archiwum Krystyny Gucewicz
- Znalazłam genialny wywód Stasia Tyma o tym, jak to starożytni Grecy założyli Hel. Tylko Tym mógł coś takiego wymyślić - mówi Krystyną Gucewicz, autorka książki "Wakacje gwiazd w PRL. Cały ten szpan".

Dzisiaj polskie gwiazdy najchętniej odpoczywają na Bora Bora albo na Zanzibarze. A w PRL mówiono... w Polskę jedziemy. Sopot był elitarny, Chałupy szokowały nagością...

Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. W PRL te Bora Bora i Zanzibary to była nieszczęsna Bułgaria. Ale przecież Polska jest tak pięknym krajem. Nigdy nie zapomnę tego, co powiedział profesor Jerzy Bralczyk, przed laty mój kolega z grupy na polonistyce, że dopóki z żoną nie zwiedzą całego kraju, to nie wyjadą za granicę. W mojej książce znajduje się mapka z miejscowościami, które były modne w PRL albo wymyślono, że powinny być modne.

Na przykład?

Gdyby do Prania nie zjechała cała ekipa Studenckiego Teatru Satyrycznego, to nie słyszelibyśmy o tej miejscowości. No, może jedynie zapisałaby się w historii jako ulubione miejsce pobytu poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Wolę Krzyże, niż Paryże - mawiała Krystyna Sienkiewicz, aktorka STS-u. Bo Pranie znajdowało się właśnie w sołectwie Krzyże..

Stanisław Tym to zabawnie spuentował: - Jeździliśmy do Prania. My piliśmy, a Gałczyński pisał. Potem Gałczyński zmarł i musieliśmy zacząć pisać sami. Miejsca na mojej mapie w książce wiążą się z bujnym życiem artystycznym, ponieważ ci artyści zjawiali się w tych miejscowościach także po to, żeby regularnie występować i dzięki temu rozsławiali je. Kwitło środowisko studenckie, tak było z gdańskim klubem "Żak", gdzie młodzi artyści tworzyli nowe autostrady do kultury. Gdyby nie było tego studenckiego zrywu, kultura pozostałaby "dulska".

Jerzy Iwaszkiewicz zabawnie zrecenzował twoją książkę, pisząc: "Gucewicz ma oko na Polskę Ludową. Książkę czyta się jak dobrze zmrożoną wódkę..."

Ale on już nie pije.

Za to czyta Gucewicz.

Nie ma wyjścia. Przyjaźnimy się od lat. Iwaszko jako osoba dowcipna rozumie moje spojrzenie na świat. Bo uważam, że na świat trzeba patrzeć z radością i tak też żyć. Nic więcej się nie liczy. Należę do pokolenia marca 68, ale w książce cofam się do pokolenia 56, piszę też o pokoleniu lat 80...

To taka podróż sentymentalna.

Sentymenty też odgrywały przy pisaniu tej książki rolę. Ale napisałam ją z potrzeby przyzwoitości. Nie mogę już dłużej słuchać tego, jak to w komunie było strasznie, źle i wszystko należy w kosmos wystrzelić. Ja wiem, jak było, bo wtedy żyłam. I nikt mi nie wmówi, że w moim środowisku, w kulturze, nie sięgnęliśmy Himalajów. Bo sięgnęliśmy. Wszystkie wielkie nazwiska Penderecki, Abakanowicz, Kilar, Szajna, Kantor... niosły wtedy Polskę w Europę i świat. Dzięki ludziom kultury z tamtego czasu weszliśmy do zjednoczonej Europy dużo wcześniej niż w 2004 roku. Owszem, było zgrzebnie, było biednie, ale nie musiało być szaro, nudno i strachliwie. Opresja oczywiście była. Cenzura też. Ale wszyscy szukaliśmy wtedy obejścia tej opresji i cenzury w sztuce. Może dlatego byliśmy tacy kreatywni.

Wróćmy do wakacji. W PRL jak lato to koniecznie nad polskim morzem?

Naturalnie. Morze zawsze jest miejscem magicznym. Moi rodzice już przed wojną jeździli do Orłowa i sekundowali powstawaniu Gdyni. Nic dziwnego, że po wojnie naszym rodzinnym siedliskiem stało się właśnie Orłowo. Cudowne miejsce. Potem jeździło się do... Sopot, bo wtedy mówiło się o Sopocie w liczbie mnogiej. Jako dorastające dziecko poznałam podczas takich wakacji Cybulskiego i Kobielę, widywałam Jędrusik i Dygata oraz cudownego Parasolnika, który codziennie spacerował po Monciaku przebrany za kogoś innego. Raz był piratem, raz cycatą blondynką. Przed 1 maja, co roku, władza zamykała go w szpitalu psychiatrycznym, żeby - nie daj Boże - nie zepsuł powagi uroczystości. To był świat dość nierzeczywisty, teatralny nawet w sensie metaforycznym, ale nie czarno-szary.

Polska Palm Beach to...

Jurata, którą tak nazywano. Znalazłam genialny wywód Stasia Tyma o tym, jak to starożytni Grecy założyli Hel. Nie będę zdradzać całej anegdoty, żeby nie psuć czytania, ale tylko Tym mógł coś takiego wymyślić. Podpieram się w mojej opowieści wieloma cytatami z książek znajomych i przyjaciół, wybitnych pisarzy, którzy wspominają tamten czas i tamte lata. To Tadeusz Konwicki, Stefania Grodzieńska, Sławomir Mrożek, Stanisław Lem, Barbara Krafftówna, Eryk Lipiński, Stefan Kisielewski i inni. Dzięki temu moje wspomnienia się uwiarygadniają, stają się ciekawsze, a książka jest takim swoistym patchworkiem.

A te miejsca najbardziej kultowe nad morzem?

Sopot był niewątpliwie takim miejscem i nadal jest. Opisuję swój spacer Monciakiem przed laty, kiedy wysiadałam z trolejbusu na ulicy 20. Października, która dzisiaj nazywa się Niepodległości. Przechodzę koło tych sklepików, potem kawiarni Złoty Ul, w której przez cały dzień grała kapela cygańska, a człowiek czuł się jak w Paryżu. Obok kościoła zatrzymujemy się, żeby pan zrobił mi wycinankę profilu, spieszymy się po "bajgiełki" do piekarni, ulokowanej naprzeciwko lodów u Włocha, mijamy Algę i wchodzimy na molo. To była codzienna trasa podczas pobytu w Sopocie. Sopot nie był wtedy jeszcze snobistycznym miejscem. Snobizm dopiero się rodził. Cudowna atmosfera, a na Monte Cassino jak na Marszałkowskiej, wielu warszawiaków, którzy uwielbiali tu zaglądać.

Czy byli tacy artyści, którzy wyjątkowo lubili Sopot?

Kłębili się tu właściwie wszyscy najwięksi. Najpierw grywali spektakle i koncerty, a potem zażywali relaksu. Ale Sopot przede wszystkim rozsławił festiwal piosenki w Operze Leśnej, chociaż pierwsze festiwale odbywały się w Stoczni Gdańskiej. Razem z rodzicami byłam na pierwszym festiwalu w 1961 roku. Pamiętam Irenę Santor w białej sukience-bombce i jej zwycięski Walc Embarras.

Festiwal przeniósł się do Sopotu dopiero w 1964, tym samym stając się letnią stolicą Polski. Kiedy zostałam jako dziennikarka recenzentką tego festiwalu, przyjeżdżałam do Sopotu rokrocznie. Tylko w Operze Leśnej można było zobaczyć wtedy jakąś zagraniczną gwiazdę. Aznavoura zobaczyłam nawet w sklepie Pewexu w Grand Hotelu. Chciał kupić piękny, haftowany kożuszek. Ale wielki, francuski artysta miał tylko honorarium w złotówkach. I nie chcieli mu sprzedać tego kożuszka. Po interwencji najwyższych czynników wszystko skończyło się dobrze.

Grand Hotel to była wówczas namiastka prawdziwego luksusu.

I miejsce, w którym należało się pokazać. A najlepiej zamieszkać. W czasie festiwalu mieszkały tam wszystkie gwiazdy festiwalowe. Dziennikarze mieli też biuro prasowe. Dla mnie jednak wspomnienia z tego hotelu dotyczą przede wszystkim jego fenomenalnej kuchni. Do dzisiaj pamiętam smak golonki pieczonej w piwie, niebiańsko chrupiącej w ustach. W żadnym innym miejscu takiej golonki już nie jadłam. Kuchnia w Grand Hotelu z przedwojennymi, jeszcze, kucharzami z najlepszych warszawskich restauracji, to była kulinarna perła luksusu. Sopocki SPATiF to także było ekskluzywne miejsce na wieczornym szlaku. Artyści wpadali przed spektaklem i po. Zbyszek Cybulski podjeżdżał na swoim słynnym motorze, zadając szyku. Kalina Jędrusik, która grała wtedy w Teatrze "Wybrzeże" przychodziła razem z Dygatem. No i te nocne Polaków rozmowy, które do rana czasami trwały przy wódeczce. Bo piło się dużo. W swojej książce żartuję, że mieliśmy trzy duże rzeki: Wisłę, Odrę i wódkę.

To skoczmy do Chałup na chwilkę. "Chałupy Welcome To".

Tę piosenkę napisał geniusz. A zaczęło się tak jak w przypadku Kazimierza, chociażby. Artyści umawiali się, że jakąś bandą - jak się wtedy mówiło - wpadną na weekend tu albo tam. No i zjeżdżało się sto, dwieście osób i opanowywało to miejsce. Do dziś trwają spory, kto pierwszy trafił na Chałupy. Ale miejsce było cudowne. Plaża dzika, bez obserwatorów. Można było na niej robić, co się chce. Butelki chłodziły się ekologicznie w morskiej fali, tylko szyjki wystawały.

Jeszcze wtedy niekoniecznie wszyscy nago się opalali.

Oczywiście. Tadeusz Konwicki wspominał jak w pewnym momencie plaża została opanowana przez panie z NRD, które gołe i obfite chodziły wokół ubranego Andrzeja Łapickiego, ciesząc się, że spotykają popularnego aktora. Właśnie w ten sposób masowość zabiła elitarność tego miejsca.

Jest też pewna słynna anegdota z Chałup.

Numer Marka Piwowskiego i Janusza Głowackiego, którzy postanowili dać odpór temu najazdowi z NRD i zrobili taki dwuosobowy grajdoł nudystów. Skończyło się to interwencją milicji, a nawet sprawą w sądzie. Janusz Głowacki cudownie opowiadał, jak to było. Że sąd się zagalopował i zapytał: - A cóż to oskarżony ma w ostatnim słowie do powiedzenia? Janusz wtedy odparł: - Uprzejmie proszę wysoki sądzie o darowanie mi życia. I to było szalenie zabawne. Niestety również dramatyczne. Janusz dostał zakaz druku swoich felietonów "za obrazę sądu". Ale to jeszcze nie koniec tej anegdoty. Potem Głowacki opowiadał mi, jak w Nowym Jorku podszedł do niego jakiś Polak, mówiąc: - panie, ja pana chyba znam z Chałup. I wtedy Janusz, wspaniały ironista, powiedział: - Wiesz co, ja to zdarzenie uważam za swój największy sukces literacki.

Takich absurdalnych historii jest sporo w mojej książce. Ale to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Materiał oryginalny: Wakacje gwiazd w PRL, czyli w Polskę jedziemy! Które miejsca były najmodniejsze i gdzie można było spotkać gwiazdy? - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie