Sopot: uzdrowisko czy imprezowisko? Felieton Wojciecha Wężyka

Wojciech Wężyk
Po sezonie w Sopocie da się żyć. Wreszcie przestajemy chodzić opłotkami w celu uniknięcia tłumu turystów. Nastaje czas ciszy, zmniejszają się korki i można zaplanować niedzielny obiad w którejś z restauracji, bez lęku o miejsce i zgagę.

Na dłuższy czas Sopot zamieni się znowu w przyjazne i, jak mówiła Agnieszka Osiecka, skrojone na ludzką miarę miasteczko. To, co jest ulgą dla większości mieszkańców, jest jednak wyzwaniem z perspektywy zarządzania miastem turystycznym. Wraz z odpływem tłumów kurczy się znacząca część dochodów lokalnych biznesów, które swój byt opierają o przyjezdnych. Jesteśmy, obok zaprzyjaźnionego Zakopanego, jedną z najchętniej wybieranych destynacji wakacyjnych, ale – w przeciwieństwie do Podhala – sezon trwa u nas znacznie krócej. Składają się na to czynniki obiektywne, takie jak położenie nad morzem, które z oczywistych względów traci swoje atuty wraz ze zmianą pogody. Nie brakuje jednak przyczyn związanych z błędną strategią miasta, która sprzyja koncentracji turystów niemal wyłącznie w okresie wakacji.

Pierwsza z nich to odwrócenie się Sopotu plecami do lasów. To marnotrawstwo niebywałego wręcz dla naszego miasta potencjału. Dlaczego? Bo w przeciwieństwie do typowego plażowania lasy sprzyjają ludziom aktywnym. To również dobre środowisko do wypoczynku dla rodzin z dziećmi. Spacery, rowery, grzybobranie – te przyjemności są w dużej mierze niezależne od warunków atmosferycznych. Niestety, polityczne aspiracje naszych włodarzy powodują niemal ciągły konflikt z zarządzającymi lasami. A miasto traci.

Inną przyczyną jest brak oferty, która byłaby w stanie przyciągać turystów cały rok. Odpowiedzią na to jest zbudowanie infrastruktury uzdrowiskowej na wysokim poziomie. Sopot ma wszelkie możliwości ku temu, żeby stać się ulubioną destynacją dla osób poszukujących usług dopasowanych do ich potrzeb i wymagań związanych z dbaniem o zdrowie lub z rekonwalescencją. Ten kierunek nie tylko daje szansę na wydłużenie sezonu, ale też wpisanie się w trendy nazwane z angielska silver economy, czyli próbą wykorzystania potencjału nabywczego osób starszych. Żyjący cały rok Kołobrzeg jest tego najlepszym przykładem. Poza wszystkim, taki kierunek to po prostu kontynuacja dziedzictwa miasta i wizji jego ojców założycieli.

Wreszcie trzecia przyczyna to brak zdolności budowania strategicznej współpracy z uniwersytetem, którego część jest przecież zlokalizowana w Sopocie. Z perspektywy studentów, skądinąd zupełnie naturalnie, na dziś nasze miasto jest po prostu synonimem dobrej zabawy. Takie jest prawo młodości. Powinniśmy mieć jednak ambicję i wyobraźnię, która widzi w Sopocie miasto uniwersyteckie, stymulujące najzdolniejszych absolwentów do związania się z nim na długie lata. To jeden z elementów sprzyjających zahamowaniu wyludniania się Sopotu.

No, chyba że to wyludnianie nie jest problemem. Ostatnio jeden z radnych Platformy Sopocian uznał, że to dobry trend. I że powinniśmy się z niego cieszyć. Radny zapomniał chyba przy okazji, że diety, które pobiera w ramach pełnienia swojej funkcji, biorą się z podatków płaconych przez mieszkańców. Jak zabraknie tych ostatnich, to i panu radnemu nie będzie z czego płacić. Ale, sądząc po jego wypowiedzi, nie byłoby to z wielką stratą dla naszej wspólnoty.

3 polskie organizacje na czarnej liście Facebooka

Wideo

Materiał oryginalny: Sopot: uzdrowisko czy imprezowisko? Felieton Wojciecha Wężyka - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie