Anna Kiełbasińska, biegaczka SKLA Sopot: Proszę nie pisać, że napiszę książkę o tym, jak trudną drogę przeszłam do olimpijskiego medalu

Rafał Rusiecki
Rafał Rusiecki
Anna Kiełbasińska ze srebrnym medalem, jaki wywalczyła na igrzyskach olimpijskich w Tokio
Anna Kiełbasińska ze srebrnym medalem, jaki wywalczyła na igrzyskach olimpijskich w Tokio Rafał Rusiecki
Anna Kiełbasińska wróciła wreszcie do Trójmiasta i do SKLA Sopot. Wicemistrzyni olimpijska z Tokio w sztafecie kobiecej 4x400 metrów wciąż imponuje szybkością. Nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rok 2021 rozpoczęła z rehabilitacją po poważnej kontuzji stopy, a na dodatek ma już 31 lat. Na przekór wszystkiemu uśmiechnięta biegaczka spełnia kolejne sportowe marzenia.

14 sierpnia ustanowiła pani La Chaux-de-Fonds w Szwajcarii dwa nowe rekordy życiowe na 200 i 400 metrów. To rzeczywiście wydarzyło się jednego dnia?
Tak. Najpierw przebiegłam 400 metrów, a dwie i pół godziny później był bieg na 200 metrów. Byłam w takich emocjach, na takim haju, że nawet nie czułam zmęczenia. Na szczęście, na 200 metrów miała już swój strój startowy i swoje kolce. W biegu na 400 metrów musiałam je pożyczać, bo mój bagaż nie doszedł. To też była dodatkowa dawka adrenaliny. Skończyło się świetnie. Potem aż się rozchorowałam. Rozłożyło mnie, ale to nie był covid-19, tylko zwykłe przeziębienie. Jestem zaszczepiona, chorowałam też, przeszłam masę testów, więc mam tę pewność. Tak to jest, jak jest dużo emocji. A ich było dużo w Tokio. Potem miałam jet lag (zespół nagłej zmiany strefy czasowej - przyp.) i czułam się kiepsko. Później były jeszcze dwa rekordy. Mózg mi wybuchał.

Dużo się ostatnio w pani życiu sportowym dzieje...
Wróciłam do domu usatysfakcjonowana, bo jest medal olimpijski, o którym marzy każdy sportowiec. Do tego doszły te rekordowe wyniki. Wtedy moje ciało powiedziało: "Ok, dobra, zrobiłaś robotę, a teraz sobie chwilę odpocznij, bo ja już nie mam siły". Troszeczkę się "rozłożyłam", ale już powoli wracam do siebie. Liczę, że w ostatnich imprezach sezonu letniego będę w dobrej dyspozycji. 5 września pobiegnę na 400 metrów w Chorzowie na Memoriale Kamili Skolimowskiej. Motywacja na ten dystans mi nie spadła.

I to już będzie koniec biegania w tym roku?
Jeszcze mam 14 września w Bellinzonie w Szwajcarii swój ostatni start. Znowu na 200 metrów. Tak na zakończenie sezonu.

To wróćmy jeszcze do tego pożyczonego sprzętu w Szwajcarii. Koleżanka panią uratowała?
Byłam w ogóle pod wrażeniem, bo wszyscy stanęli na wysokości zadania. Mieli nawet większą motywację, żeby to zrealizować, niż ja na początku zakładałam. Wszyscy bardzo chcieli mi pomóc. Bardzo szybka koleżanka pożyczyła mi kolce. A druga szybka koleżanka strój. Czasem się mówi, że na starcie, aby mieć szczęście, to trzeba mieć coś pożyczonego. (śmiech)

To teraz częściej będzie pani pożyczać?
No właśnie. Może rywalki teraz będą uciekać ode mnie, żeby tylko nic nie pożyczyć. Żartuję. W swoim sprzęcie jest najlepiej, ponieważ jest przetestowany. Przede wszystkim kolce są wybiegane. Na moje schorowane, stare stopy to też jest ważne, żeby mieć wygodny, dostosowany do budowy stopy but.

A może pani zdradzić kto pożyczał ten sprzęt na życiowe rekordy?
Mogłabym... Nie, nie mogłabym. Niestety, ograniczają mnie kontrakty sponsorskie.

To można założyć, że skoro biega pani tak dobrze w swoich kolcach, to jest jeszcze zapas...
Ciężko to tak przewidzieć. Po tym biegu na 400 metrów też wszyscy do mnie dzwonili i pisali: "To kiedy kolejny rekord? Kiedy zejdziesz poniżej 50 sekund?" (rekord Kiełbasińskiej na 400 m to 50,38 - przyp.). Dajcie mi się oswoić z tym wynikiem. Może to był mój idealny bieg teraz? A może to był mój bieg życia? Ciężko to ocenić. Wiadomo, że charakter sportowca jest taki, że zawsze chce się więcej, a apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tutaj była jeszcze ta historia z butami i czasem jest tak, że się w coś trafi, co zadziała w danym momencie.

To gdzie zapodział się ten pani sprzęt?
Zaginął cały mój bagaż ze sprzętem. Kiedy się pakowałam, to miałam taką myśl, że może do podręcznego wezmę kolce i strój startowy. A potem powiedziałam sobie, że 17 lat trenuję i jeszcze nigdy mi się to nie przytrafiło. Walić to. Zostawiłam więc sprzęt w głównym bagażu. I akurat pech chciał, że ten bagaż nie doszedł. Już wieczorem dostałam informację z lotniska, że odnaleziono go, ale przywiozą mi go rano. Te rano było jednak wątpliwe, bo zawody były o godz. 13. O godz. 12 zaczynałam rozgrzewkę i musiałam mieć bagaż. Dla mnie rano jest między 6 a 12. W Szwajcarii wspomniane rano to była prawie 13. Telefoniczną informację o bagażu dostałam 10 minut przed biegiem i dla mnie było już za późno. W takim momencie to już tylko czeka się, odpoczywa i koncentruje przed biegiem, a nie jeździsz po hotelach i zmieniasz sprzęt.

Pamiętamy, że rok 2021 nie zaczęła pani tak wesoło.
Wręcz dramatycznie.

Było złamanie kości stopy. Była operacja i żmudna rehabilitacja. Jak pani przez to przeszła, że teraz możemy rozmawiać z uśmiechami na twarzy?
Cały czas podkreślam, że to odbywało się metodą małych kroczków i - dla niektórych - nadmiernego optymizmu. Teraz, kiedy wszystko się tak dobrze skończyło, to wiele osób mówi mi, że jest pod wrażeniem. Przyznają szczerze, że nie wierzyli, że dam radę i pojadę do Tokio.

Mówi pani o sportowcach czy o medykach?
O sportowcach, o trenerach, o niektórych medykach. Protokół leczenia takiej kontuzji to minimalnie pięć miesięcy. Te pięć miesięcy oznacza jednak czas, kiedy możesz zacząć biegać i wrócić do pełnej sprawności. A tutaj trzeba było mieć jeszcze czas na zrobienie formy. Wiem, że gdyby nie szło się tak ekstremalnie i nie miało się tak zgranego teamu, jak mój, to by to trwało dłużej. Miałam niesamowite szczęście do ludzi. Razem stworzyliśmy zespół, w którym mój trener był w stałym kontakcie z lekarzem i fizjoterapeutą, z którym pracowałam. Oni na bieżąco komunikowali mu, co mogę, a czego nie mogę jeszcze robić. Trener automatycznie dobierał bodźce i jednostki treningowe, żeby utrzymać moje ciało w formie. Ja w tej formie byłam już w sezonie halowym, ale nie zdążyłam tego zaprezentować, ponieważ stopa, która bolała mnie od półtora roku, całkowicie odmówiła posłuszeństwa. Miałam szczęście, że trafiłam na profesjonalnego lekarza Krzesimira Sieczycha, który cały czas się mną opiekował. Tak samo było z moją fizjoterapeutką Małgorzatą Kowalczyk. Dzięki temu, że był ten team i był przepływ informacji, że byłam zmotywowana, udało się. Od razu po przebudzeniu się po operacji wiedziałam, że problem jest rozwiązany i muszę sobie tylko w tej sytuacji poradzić. Trener też mi powiedział, że redefiniujemy cele i mam skupiać się dzień po dniu na małych krokach. Dograłam wszystko z dietą, psychologiem, a nawet z taką psychoterapią, która pozwala wyeliminować z głowy kontuzję. Bardzo często jest tak, że ciało się leczy, a uraz zostaje w głowie i jest blokada. Zrobiłam więc wszystko, co mogłam, aby być teraz tu, gdzie jestem. Dzisiaj myślę sobie, że to było łatwe i to nie były żadne czary. (śmiech) Wydaje się to zupełnie normalne. Wydaje mi się także, że nie było innego sposobu i innej drogi i że sportowcy w takich sytuacjach tylko w ten sposób powinni się zachowywać.

Książkę teraz musi pani napisać.
Bardzo dużo słyszę takich opinii. Ostatnio nawet byłam na Facebooku i pojawiła się tam taka złota myśl, że jeżeli chociaż raz przeszło ci przez głowę, żeby napisać książkę, to znaczy, że musisz to zrobić. Absolutnie, ja o tym nie myślę. Proszę o tym nie pisać, że ja zamierzam pisać książkę, bo tak nie jest. Nie wykluczam tego, ale odkładam na później, w jakiejś odległej przyszłości.

Żartuje pani sobie, że po 30. powinien być regres formy. Okazuje się, że ciągle można się poprawiać. To jak to w końcu jest?
Fizjologowie mówią, że taka jest teoria. To nie są tylko moje żarty. Miałam to szczęście do trenerów, którzy mnie nie eksploatowali. Mam jeszcze dużo zapasu. W tym roku przede wszystkim miałam dużo bodźców i byłam zadbana od każdej możliwej strony. Dla mnie to był sport z najwyższej półki, jaki sobie wyobrażałam i o którym zawsze marzyłam. Cieszę się, że w swojej karierze mam szansę tego doświadczyć. Stąd wynika ten progres.

Zatem wyjazd na czwarte dla pani igrzyska w Paryżu jest realny?
Nie wykluczam. (śmiech). Szczerze mówiąc, myślałam, że po Tokio zakończę karierę. Ten zdobyty medal daje jednak dużo możliwości trenowania na najwyższym poziomie. Jeżeli zdrowie mi pozwoli, to będę chciała biegać jeszcze przez rok lub dwa, a wtedy będzie już bardzo blisko od igrzysk w Paryżu (2024 - przyp.). Zapewniam jednak, że sam występ nie będzie mnie interesował. To byłyby moje czwarte igrzyska i takim rozwiązaniem się nie zadowolę.

Tokio Raport - rozmowa z Lucyną Kornobys

Wideo

Materiał oryginalny: Anna Kiełbasińska, biegaczka SKLA Sopot: Proszę nie pisać, że napiszę książkę o tym, jak trudną drogę przeszłam do olimpijskiego medalu - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie